sobota, 1 sierpnia 2015

14.

~***~
- Przykro mi, ale nie udało nam się przywrócić akcji bicia serca. Julie doznała rozległych obrażeń, zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych... - oficjalny bełkot doktora przestał mnie obchodzić. Spazmatycznie wdychałem powietrze, jednocześnie się nim dusząc. Powoli osunąłem się na ziemie, chowając twarz w dłoniach. Umarła. Zostawiła mnie tu samego... a ja... nawet nie powiedziałem jej... w zasadzie czego, do cholery?! Nigdy nie dałem jej najmniejszego znaku, że coś może między nami zaistnieć, a teraz... ona nie żyje... tak po prostu. Była i zniknęła. Musiała tak kurewsko cierpieć, kiedy ten pieprzony dupek zadawał jej ból. Zacisnąłem mocno szczękę, a także pięści, uświadamiając sobie, kto jest temu wszystkiemu winny. Naskoczyłem na ojca Irwin, zanim ten mógłby jakkolwiek zareagować. Przewróciłem go na ziemię i zacząłem uderzać bez opamiętania. Wiedziałem, że chłopcy będą próbowali mnie od tego odciągnąć, więc nie patrzyłem, gdzie zadawałem cios. Czułem ogromną satysfakcję, a adrenalina pulsująca w moich żyłach, pozwoliła mi na o wiele więcej, niż przypuszczałem. Ochroniarzom dałem się odciągnąć dopiero kilkanaście minut później. Zgaduję, że wezwał ich lekarz, ale pewności nie mam. W tym momencie liczyło się coś zupełnie innego. Twarz mężczyzny była zmasakrowana, a ja na rękach miałem jego krew. Mógłbym go zabić... potrafiłbym w tej chwili nawet zakopać go na śmierć... ale wiem, że ona by tego nie chciała. Kochała go, mimo tego, że zniszczył jej życie. Właśnie dlatego odpuściłem. Jedyną osobą, która była w stanie kazać mi przestać, była blondynka. Nawet jeśli na tym świecie już nie istniała. Nie spuszczałem wzroku z mordercy, kiedy podnosił się ociężale z paneli, oczywiście przy pomocy kilku pielęgniarek i lekarza.
- Nie zostawię tego, rozumiesz?! Oddam ci każdy raz, który ty zadałeś jej. - warknąłem cicho, tak, aby nie usłyszeli tego moi koledzy. - Nie ujdzie ci to na sucho. - wycedziłem przez zęby, wyrywając się z rąk strażników. Wybiegłem ze szpitala, głośno trzaskając drzwiami, mając świadomość, że Michael, Calum i Ashton idą za mną. Usiadłem za kierownicą, całkowicie olewając to, iż nie mam prawa jazdy. Sekundę po tym, jak wszyscy znaleźli się w aucie, ruszyłem z piskiem opon. Nie zważałem na żadne zasady ruchu drogowego i miałem niesamowite szczęście, gdyż nie zatrzymała mnie policja. Nerwowo wysiadłem z samochodu, zwartym krokiem ruszając w kierunku windy. Moi przyjaciele szli za mną bez słowa, rozumiejąc, że lepiej się do mnie teraz nie odzywać. Chwilę potem leżałem już na kanapie w salonie, a w mieszkaniu nadal panowała grobowa cisza. Hood i Mikey zajęli miejsca na dwóch wolnych fotelach. Ash poszedł na chwilę do swojej sypialni, chcąc sprawdzić, co z Kelsey. Prawdę mówiąc, to w ogóle zapomniałem o jej istnieniu. Zresztą, kto by się nią przejmował?! Przecież to tylko koleżanka Julie. Co mnie obchodzą jej przyjaciółeczki?! Ona mnie obchodzi, chociaż nie żyje. Szczerze mówiąc, to do mnie po prostu nie dochodzi. Przecież jeszcze dzisiaj popołudniu trzymałem ją w swoich ramionach, a teraz nie ma. Nie rozumiałem tego. Nie docierało to do mnie... chyba nawet nie chciało. Nikt nie ma pojęcia, jak bardzo bym chciał, żeby wyskoczyła zza rogu i krzyknęła niespodzianka z ogromnym uśmiechem. Prychnąłem cicho... to jest absolutnie nie w jej stylu, nie jest tego typu osobą. Jest na to zbyt nieśmiała i krucha, zwłaszcza, że nienawidzi ranić innych ludzi. Mimowolnie uśmiechnąłem się, przypominając sobie, jak słodko się rumieniła. Kątem oka obserwowałem, jak Call i Clifford płaczą. Na mojej twarzy od 10 lat nie zagościły łzy. Ja po prostu nie umiałem już tego robić, czułem się jak skończony kretyn, zdając sobie sprawę, że nawet nie uroniłem jednej kropli.... chociaż była dla mnie najważniejszą dziewczyną w moim życiu. Nawet swojej matki tak nie ceniłem, jak jej. A ojca to już w ogóle miałem w głębokim poważaniu. Zostawił nas, jak miałem 9 lat i to wtedy postanowiłam sobie, że nigdy więcej nie pokaże mojej słabości. Moja rodzicielka starała się jak mogła, żebyśmy dobrze żyli, ale prawda była taka, że ledwo starczało nam na jedzenie. Do czasu... pewnego dnia zrobiła ogromne zakupy, na które nigdy nie byłoby nas stać. Miesiąc później kupiliśmy nowy dom, w którym nawet zatrudniliśmy gosposię! Bez przerwy zastanawiałem się, skąd miała tyle pieniędzy. Okazało się, że związała się z szefem gangu, do którego przez nią i ja należę. Wpieprzyła mnie w jedno wielkie bagno, dlatego nigdy jej tego nie wybaczę. Mimo to nadal ją kocham i zdaję sobie sprawę, że zrobiła to dla mnie. Chociaż, jeżeli miałbym szanse wyboru, to nigdy w życiu nie pozwoliłbym jej wyjść za Thomasa. Wiele bym dał za normalne życie, ale to już za daleko zaszło. Jeżeli teraz byśmy się wycofali, to wymordowaliby całą naszą rodzinę, przyjaciół, a na końcu zabrali nas do podziemi, gdzie umarlibyśmy powolną, bolesną, najgorszą śmiercią z wiedzą, że najbliżsi nam ludzie nie żyją przez naszą głupotę. Ta myśl zabiłaby mnie dużo wcześniej niż katowanie. Wszystko było o wiele łatwiejsze, przed tym, jak zostałem sławny. Teraz nie mogę zrobić nawet kroku i pozostać niezauważonym. Cholerne utrudnienie, zwłaszcza, jeżeli musisz zabijać ludzi. Od dawna myślałem o odejściu z zespołu, ale to niewiele by zmieniło. Nadal bym był popularny, nadal pisały by o mnie gazety. Jedyna różnica to taka, że nie byłbym członkiem 5SOS, tylko wolnym człowiekiem. Zamknięte koło, bez wyjścia.
- Mamy problem... - zaczął Irwin, pociągając nosem. - Kels tutaj nie ma. Zniknęła. - oznajmił prawie szeptem, a ja przyjrzałem się dokładniej jego twarzy. Miał czerwone, spuchnięte od nieustannego szlochu, oczy. Był wykończony. Zamknąłem na chwilę powieki, rozumiejąc, jak bardzo niesprawiedliwy jestem. Może i straciłem dzisiaj kogoś, kto wiele dla mnie znaczył, ale to Ashton zmierzył się dzisiaj ze śmiercią jedynej siostry. Ja nawet nie wyobrażam sobie, co bym zrobił, gdyby moi bracia zginęli bez przyczyny.
- Jak to?! Sprawdziłeś wszystkie pokoje? - spytał zdenerwowany Michael, a ja zmarszczyłem brwi, rozmyślając, co okropnego może się jeszcze dziś wydarzyć. Sądziłem, że nic gorszego nie może się już stać. Podniosłem się szybko z kanapy, razem z resztą zaczynając poszukiwania brunetki. Sprawdziliśmy wszystkie pomieszczenia dwa razy i z rozczarowaniem musiałem stwierdzić, że jej tutaj nie było. Może pojechała już do Sydney? Nikt nie kazał jej tutaj zostawać na całe życie.
- Nie mogła się przecież rozpłynąć w powietrzu. - stwierdził Call i wyszedł z penthause'u. Sądzę, że chciał poprosić recepcjonistę o pomoc, a może także o nagrania. Zostałem poinformowany o tym, że w tym hotelu jest monitoring, nigdy mi to nie przeszkadzało, a w tym przypadku może nam nawet pomóc. Westchnąłem ciężko. Miałem wrażenie, że całe moje życie to domino, a teraz wszystko rozpierdala się w najgorszym możliwym momencie.
~***~
- Puszczaj mnie! - krzyczałam, jednocześnie wyrywając się z rąk mężczyzny. Nie miałam szans, byłam po prostu zbyt słaba, a ten człowiek przewyższał mnie o głowę. Mimo to, bez przerwy próbowałam uciekać. Nic nie widziałam, a ręce i nogi miałam skrępowane, dlatego strasznie się ucieszyłam, kiedy porywacz postawił mnie na podłodze, zaczynając rozwiązać wszystkie supły. Kilka minut później byłam już wolna, mogąc rozmasowywać obolałe nadgarstki. Nie dostrzegałam zbyt wiele, ponieważ w pomieszczeniu, w którym byliśmy panowała ciemność. - Dlaczego to zrobiłeś?! Chcę wrócić do domu. Masz mnie stąd zabrać do Ashton'a! - żądałam, na zmianę szepcząc i krzycząc. Spazmatycznie oddychałam, nie wiedząc, czego mam się spodziewać. Usiłowałam sobie przypomnieć, komu ostatnio w czym zawiniłam lub co takiego przeskrobałam, iż spotkało mnie coś tak perfidnego. Niestety, w tym momencie w głowie miałam kompletną pustkę i nic nie przychodziło mi do głowy. Westchnęłam głośno, na marne próbując się uspokoić. Nie byłam w stanie przestać analizować tysięcy scenariuszy, których dostarczała mi moja wyobraźnia.
- Nie skrzywdzę cię. - powiedział na wstępie, miał lekko zachrypnięty głos. - Chciałabyś w przyszłości studiować medycynę? - spytał z nutką zaciekawienia. Przytaknęłam nieznacznie, zastanawiając się, jakim cudem On znał moje plany na przyszłość. Nikomu o tym nie mówiłam. Julie tylko coś wspominałam przez telefon, że to mógłby być dobry kierunek. Zagryzłam lekko dolną wargę, rozmyślając nad tym, czy blondynka miała cokolwiek wspólnego z sytuacją, w której się obecnie znalazłam. - Świetnie. - klasnął dłońmi znienacka, na co podskoczyłam zestresowana. - Zdałaś pierwszą pomoc? Umiesz komuś jej udzielić? - dopytywał z podekscytowaniem, co wydało mi się odrobinę dziwne.
- Na ocenę celującą... - przytaknęłam nieśmiało, zakładając niesforne kosmyki za ucho.
- Wyśmienicie. - pochwalił mnie, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło. O co w tym wszystkim chodzi?! Nienawidziłam być tak okropnie zdezorientowana, ale wygląda na to, że będę musiała pogodzić się z faktami. Nie wiem, za co, dlaczego, po co lub z jakiego powodu tu jestem. I nie zapowiada się na to, żebym prędko cokolwiek zrozumiała. Czułam się jak totalna kretynka. Nieświadoma wszechogarniającego mnie zła na tym świecie. Nigdy nie sądziłam, że ktoś kiedyś będzie chciał mnie zabić, czy coś w tym rodzaju. Odkąd sięgam pamięcią żyłam myślą, że moi kochani rodzice pomogą mi... niestety, aktualnie zdana byłam tylko i wyłącznie na siebie. Zagubiona ofiara losu, która bez swoich opiekunów nie jest niczego warta - to właśnie ja. Nieustannie żyłam marzeniem, że Ash nie chce ze mną być, ponieważ umawia się z zielonooką. Sądziłam, że się rozstaną w najbliższym czasie, bo zbyt często się ze sobą kłócili i wtedy nadejdzie moja szansa... Dotarło do mnie nareszcie, że ona nie jest niczemu winna, a problem tkwi w mojej żałosnej osobowości, która pozostawiała wiele do życzenia przy tak silnym i niezłomnym charakterze Irwina. Loczek był dla mnie całym światem... zapomniałam jednak o drobnym szczególe - on wcale nie chciał istnieć w moim świecie. - Chodźmy. - zarządził stanowczo, wyrywając mnie z moich rozmyślań. Podszedł do jakiegoś (zgaduję) kredensu, aby wyjąć coś z szafki. Dał mi ten przedmiot, a ja trzymając go w rękach, zrozumiałam, że to świeczka. Podpalił knot, wyjętą z kieszeni srebrną zapaliczką. Ciemne kontury zamieniły się w meble, a ja wiedziałam już, że miejsce, w którym byliśmy to sypialnia. Rozejrzałam się dyskretnie, skupiając wzrok na łóżku na którym z pewnością ktoś leżał.  Niepewnie podeszłam bliżej, zauważając łudząco podobne jasne włosy do tych, które ma moja koleżanka. Zakryłam usta dłonią, a łzy napłynęły mi do oczu. Dziewczyna, którą widziałam miała praktycznie śnieżnobiałą skórę, pokrytą gdzieniegdzie mocno fioletowymi śladami; na ramionach, policzkach, karku widniały ślady zaschniętej krwi; przekrwione, martwe tęczówki. To była ona... moja jedyna przyjaciółka, o której teoretycznie nic nie wiedziałam, ale uważałam ją za kogoś bliskiego, ponieważ zawsze odnosiła się do mnie z taką życzliwością, jakiej w całym moim beznadziejnym życiu nie zaznałam. Opadłam na betonową podłogę, tuż obok białego materaca, łapiąc jej lodowatą dłoń w swoje obie ręce, nie kontrolując już szlochu. Nie ruszała się, nawet nie drgnęła... co powodowało u mnie kolejne spazmy płaczu. Nie żyła? Proszę, niech ktoś powie, że to tylko głupi, cholernie głupi żart.

***
Misiaczki ♥ wiem, że nie dodawałam długo nowego rozdziału, ale po prostu nie mogłam się zebrać, żeby go napisać. Naprawdę... siadałam do niego kilkanaście razy dziennie, w każdej wolnej chwili, rozpoczynając za każdym razem z innej perspektywy, ale w końcu zdecydowałam się na takie posunięcie. Mam nadzieję, że czekaliście... postaram się teraz dodawać częściej nowe posty, ale niestety nie mogę niczego obiecać. Przy okazji, jak widzicie mamy nowy szablon, a w zakładkach znajdziecie coś takiego, jak zwiastun. Oglądać ludziki☺ No, uśmiechnijcie się i napiszcie mi, co myślicie o dzisiejszym chapterze. Loffciam was bardzo mocno i dziękuję, że czekaliście ♥♥♥

4 komentarze:

  1. Rozdział super :*
    Szkoda mi Luke :(
    Julie- to się nie może tak skończyć !!!
    Ale o co chodzi z Kelsey i tym ciałem ?
    CzekAm na next :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Rycze ok
    czekam na next i będę tu wchodzić codziennie sprawdzać czy jest coś nowego:)
    powodzonka i weny, bo naprawde lubię twój styl pisania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlaczego ona umarła? Luke taki smutny.
    Nie martw sie. Ja Cię nigdy nie opuszczę. Uwielbiam to fanfiction
    Czekam na kolejne rozdziały 😘

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny blog. Ostatnio go dopiero znalazłam i już wszystko przeczytałam.. ale no szkoda Julie ;__: Ale ok, ja też uśmiercam bohaterów u mnie xD
    ______________
    Chciałam ciebie (i innych) również zaprosić do siebie na ff o Harrym S. w roli głównej :)
    http://feelingfanfictionharrystyles.blogspot.com/

    Życzę dużo weny! ♥

    OdpowiedzUsuń